10 kwietnia 2016

Prolog

PROLOG

- Jesteś pewien, że je mają? - spytał lord siedząc za biurkiem.
- Tak, mój panie. Przez pewien czas nie byliśmy przekonani, ale teraz otwarcie mówią o przeniesieniu…
- Przeniesieniu?! - przerwał nagle lord i wstał z fotela - Czemu dopiero teraz mi to mówisz?!
Bo brak Ci profesjonalizmu, lordzie. Nie jesteś jeszcze obeznany w tych sprawach. Nie wiesz jak się zachować, jak postąpić w danej sytuacji. Dlatego się gubisz i czujesz, że ktoś inny powinien tu być…
Lord wstrzymał oddech. Powinienem już się przyzwyczaić. Jednak jak się przyzwyczaić do tego okropnego głosu, który rozbrzmiewa w czaszce i jeszcze potem błąka się chwilę w głowie, jakby nie chciał jej opuścić, a zamieszkać w niej na stałe. To nie tak miało być, on miał być inny… Jego czarodzieje, magicy, druidzi i reszta tej magicznej zgrai mówiła, że będzie to okropna kreatura, przez którą będzie wołał o pomstę do swoich bogów, ale słysząc „kreatura” spodziewał się raczej jakiejś mieszanki kilku odrażających istot, które rozszarpał niedźwiedź, a których potem nie zszyto. Zamiast tego dostał pustkę, z której słychać było straszne jęki. Spodziewał się obrzydliwego głosu, naprawdę go przewidywał, jednakże nie spodziewał się, że z każdym kolejnym zdaniem będzie coraz bardziej przerażający i oślizgły. Na dodatek lordowi w jakiś dziwny sposób wpadła do głowy teza, że ten głos specjalnie brzmi tak strasznie, bo lubi sprowadzać na ludzi senne koszmary i omdlenia, poza tym zdecydowanie podobała mu się ta „zabawa” i nie zamierzał, o zgrozo, jej zakończyć po jednym razie, bawił się tak do końca i jeszcze trochę dłużej. Jego namiestnik zemdlał sześć razy, teraz jakoś się trzymał, ale było widać, że długo tak już nie wytrzyma. Był bielszy niż śnieg na szczytach gór i bardziej wiotki niż chmury na niebie, które rozrywał najdelikatniejszy wiaterek. Wyglądał jakby śmierć stała nad nim i czekała aż w końcu nie wytrzyma.
Ale nie długo już nie będziesz zauważał różnicy między tym życiem, a poprzednim. Potrzeba Ci tylko czasu i praktyki.
Obrzydliwy głos znów rozbrzmiał w czaszce mężczyzny i znów zabawił tam za długo. W tej chwili lord skojarzył go z dźwiękiem jaki wydobywa się z ostrzonej kosy, takiej długiej, dzięki której można za jednym zamachem obciąć kilka głów.
Jednak mamy poważny problem, nie mamy czasu na praktyki, mój panie. Twe ambicje są zbyt wielkie, by umknęły uwadze Wielkich. Musimy się pospieszyć, trzeba w końcu odzyskać moje berło, bo inaczej nie będę mógł wezwać całej potężnej armii, by Ci pomóc podbić resztę z dwudziestu wolnych miast. Mam nadzieje, że to rozumiesz, panie.
- Tak, oczywiście – przerwał chwile ciszy. - Potrzebny jest pośpiech, ale i rozwaga.
Racja, ale jak zamierzasz odebrać moje berło lordowi Wilczych Ziem?
- Mamy swoich ludzi na statku, który będzie je przenosił w bezpieczne miejsce – odezwał się namiestnik, ale z wyraźnym trudem w głosie. - Nasi ludzie przejmą statek i popłyną nim do twojego zamku… To oczywiście trochę zajmie, ale mam nadzieje, że wytrzymasz – dodał swym jękliwym i cichym głosem, w sumie namiestnik ledwo otwierał usta, a o staniu na nogach szkoda mówić. Jego twarz przestała ukrywać, że ma dość tego miejsca i tej pracy.
Cieszę się z takiego obrotu sytuacji, będę czekał z niecierpliwością. Żegnam.
- Tak – zgodził się lord. Nareszcie. - Do następnego spotkania, sojuszniku.
Mam nadzieje, że do tego czasu wszystkie nasze plany będą się zbliżać ku końcowi, a twoja armia będzie już gotowa, by wyruszyć na podbój i skąpać te ziemie w krwi jej mieszkańców.
- Też żywię taką...nadzieje – odpowiedział lord.
Ostatni fragment powiedział z taką nieopisaną żądzą… Można by pomyśleć, że zgodził mi się służyć, nie dlatego by wyjść z odmętów piekła, ale by siać tu zniszczenie. Nie po to, by uwolnić się od własnego cierpienia, tylko dlatego żeby zesłać podobne męki na innych, żeby zapłacili taką samą cenę, jaką on zapłacił ich przodkom i spłacał ją te setki lat…
W gabinecie lorda nagle pociemniało, okno się otworzyło - przez porywy nocnego wiatru - wpuściło mocny powiem, który zdmuchnął świece, i echo koncertu pasikoników, które co noc grały inną symfonie. W kątach pomieszczenia zagnieździł się cień, padł też na twarze dwóch mężczyzn oraz mebli. Jedynym źródłem światła był ,na pół zasłonięty przez chmury, księżyc. Nagle na środku pokoju, na dywanie z jednego z elfich miast, zaczął rosnąć cień. Na początku przypominał zgniecioną kartkę pergaminu, ale potem zaczął przypominać poskręcane ludzkie ciało. Po chwili tak się wydłużyło, że głowa zeszła z bordowego dywanu i padła na wielki regał pełen książek i papierów. Gdy głowa sięgała sufitu, a powykręcane w przeciwne strony palce, ścian, pasikoniki ucichły, sowa przestała huczeć, a ludzie przestali oddychać. Można było tylko usłyszeć charczący oddech, który z pewnością należał do cienia. Potem świat rozdarł dziki wrzask, tak straszliwy i głośny, że mógł pochodzić tylko z gorącego piekła, z gardła zalewanego ogniem i lawą, piorunami i żarem. Niespodziewanie wrzask ucichł, a jasny błysk zmącił mroki nocy. Kiedy już zniknął, nie było również cienia.

Lord powoli wychylił się zza biurka, potem ostrożnie, nadal w panicznym lęku, zdjął ręce z uszu. Mrugnął kilka razy, potarł oczy. Z dołu słychać było wbiegających wartowników i ich przerażone krzyki, a za oknem znów rozbrzmiał koncert pasikoników, brzmiały tak, jakby nawet nie usłyszały tego nieziemskiego wrzasku ociekającego bólem i cierpieniem. Mężczyzna delikatnie zaczął obracać głową i rozglądać się po gabinecie. Namiestnik, gdzie on jest… Staruszek leżał na podłodze blisko drzwi, lekko oddychał, jego pierś ledwie się poruszała, ale robiła to miarowo i systematycznie, czyli w jakiś niesamowity sposób to przeżył. Śmierć pewnie teraz siarczyście przeklęła, zdenerwowała się i poszła do domu, rzucając swoją kosą. Pomyślał lord. Chwilę później do komnaty wbiegli zdyszani wartownicy, mieli wyciągnięte miecze, ale źle je trzymali.
- Panie, co…co to było?! - zapytał jeden z zdyszanych wartowników, patrząc z przestrachem na gładką i młodą twarz swojego lorda.
- ...Nasz sojusznik – odpowiedział w końcu. - Odprowadźcie Erazmusa do druida, niech da mu coś na serce.
- Tak jest! - powiedział drugi z wartowników, był zdecydowanie młodszy.
Dwaj żołnierze wzięli staruszka pod pachy i zaczęli z nim powoli schodzić po stromych schodach wierzy. Ich kroki powoli ucichły. Wszystko ucichło, nawet pasikoniki zakończyły swoją symfonie, pewnie zrobiły sobie przerwę. Lord, lekko się chwiejąc, usiadł za biurkiem i chwycił się za głowę, dopiero teraz zaczęła swój okropny proceder, który miał go doprowadzić do jęków, po najdelikatniejszym szmerze powietrza. Uniósł głowę i spojrzał na przeciwległą ścianę, był tam obraz przedstawiający jego ojca, gdy był jeszcze młodym lordem wolnego miasta Tyr. Był rozcięty w połowie. Opadłe płótno opadło na klatkę piersiową , kompletnie zasłaniając oblicze ojca.
- Pięknie, cudownie, lepiej być nie mogło – mruczał i powoli wstał z krzesła.
Podszedł do ściany i zdjął obraz. Oparł go o ścianę. Potem ruszył w kierunku wielkiej szafy, która stała obok regału. Wyciągnął stary klucz z lewej kieszeni kaftana i włożył do dziurki. Musiał się chwile pomocować z zamkiem. W końcu odpuścił, drzwi szafy się rozwarły ukazując swą zawartość. Lord wciągnął jeden z opakowanych mechatym opakowaniem prostokątów z idealnie poukładanego szeregu. Postawił prostokąt na kamienną podłogę. Znów zaczął walkę z zamkiem i znów ją wygrał. Włożył klucz do kieszeni. Wziął pakunek. Podszedł do ściany gdzie wisiał obraz. Rozpakował prostokąt i powiesił go na ścianie. Następnie usiadł za biurkiem i ponownie wpatrzył się w podobiznę ojca.
- To już czwarty w tym tygodniu, stracę na tym majątek – mruknął do siebie.
Pasikoniki rozpoczęły swój koncert na nowo. Grały jakby smutniej.

1 komentarz: