Teraz przenieśmy się do Wolfangu. Jest to wspaniałe portowe miasto, które wybudowano na wschodnim brzegu wielkiej wyspy
gdzie mieszkali ludzie. Sami mieszkańcy nie mieli jakiejś szczególnej nazwy dla tego miejsca, była po prostu wyspą, a co niektórzy nazywali ją nawet swoją Ojczyzną. Wszyscy bardziej utożsamiali się z miastem, w którym się urodzili i wychowali. Jednak zawsze znajdzie się naród, który chce mieć wszystko ładnie ponazywane i poopisywane. Elfowie po stosunkowo krótkiej dyskusji, (należy pamiętać, że mają inne poczucie czasu) postanowili nazwać to miejsce Wyspą Śmiertelników. Nie wolno zapominać o tym, iż inne narody nie chciały pozostać w tyle i nie chcieli owej wyspy nazywać tak samo jak elfy. Co dla niektórych byłaby to skaza na honorze. Krasnoludy z odległego Kontynentu Nefrytowego postanowiły nazwać dom ludzi Śmiertelną Wyspą, co jak stwierdziły elfy jest bez sensu, bo wyspa nie może być „śmiertelna”. Tak zaczęła się krótka wojna pomiędzy tymi dwoma gatunkami, ponieważ krasnoludy oskarżyły tych drugich o zniesławienie, a oni stwierdzili, że to najzwyklejsze oszczerstwo. Dopiero sąd zwołany przez bogów załatwił całą sprawę. Wyspę można nazywać jak się chce, a elfy powinny przeprosić, bo wyspa zawsze może zapaść się w głębiny oceanów, co natychmiastowo czyni ją śmiertelną. Gatunek ludzki samą wojną się nie przejął, starali się odizolować od reszty świata (co z resztą im się udało), ale możliwość zatonięcia wyspy co niektórych tak przeraziła, że ją opuścili i zaczęli nazywać się piratami, ale potem przeszli do bardziej honorowego fachu – bycia wikingiem.
Jednak wróćmy do Wolfangu, tutaj rozpoczniemy relacje ciekawszych zdarzeń od wyżej opisanej wojnie krasnoludzkoelfickiej. Zanim zaczniemy, przydałoby się opisać same
miasto. Jak każda inna osada wybudowana przez ludzi posiadała pięć murów i pięć sektorów. Oczywiście sektory nie były tego samego kształtu – w końcu miasto było nad brzegiem morza –
ani tym bardziej wielkości. Pierwszy sektor, który był zaraz przy murze zewnętrznym, zamieszkiwali rolnicy, pasterze i co bardziej nikczemni mieszkańcy miasta. Tutaj powpychano większość pubów i gospód. W drugim sektorze mieszkali średniej klasy rzemieślnicy, oporni magowie oraz handlarze, jako że tutaj stacjonowała straż, kupcy mniej się bali o swoje życie. Można tutaj znaleźć mnóstwo sklepów z dziwnym towarem, który rzecz jasna służył przede wszystkim osobą parającym się magią i wróżbiarstwem ( wszyscy tłumaczą, że są to dwie zupełnie nie podobne do siebie dziedziny, najważniejszą różnicą jest to, że wróżbiarstwem zajmują się tylko kobiety). W następnym pierścieniu wybudowano wiele uczelni (uniwersytety magiczne znajdują
się tylko w dwóch miastach), świątyń, teatrów... ogólnie jest to centrum kulturowe wszystkich miast. W czwartym sektorze mieszka przede wszystkim szlachta oraz rycerze, a w piątym lord,
jego rodzina i urzędnicy. Ulice natomiast znajdują się mniej więcej w środku każdego z sektorów (z wyjątkiem piątego) a od nich odbiegają węższe, mniej lub bardziej brudne uliczki.
***
Było późne popołudnie, gdy z gęstych i ciemnych chmur lunął potężny deszcz. W tej chwili z niejednych ust wyszło siarczyste przekleństwo pod adresem boga, który był za to odpowiedzialny albo maga, który mógł źle zinterpretować jakąś runę, co nie raz się już zdarzało. Głowna ulica szybko opustoszała, mieszkańcy pierwszego sektora z doświadczenia wiedzieli, że gdyby zostali na zewnątrz szybko by ugrzęźli w błocie, od którego ulica ma nazwę. Większość wykorzystała tą okazje i powędrowała do różnych karczm, których tu nigdy nie brakowało. Gdy Ulica Błotna całkiem już opustoszała, z Bramy Handlarzy, która łączyła pierwszy pierścień z drugim, wybiegł jeździec w ciemnozielonym płaszczu na białym koniu, który po wbiegnięciu tam dużo ze swej białości stracił. Z niewiadomej przyczyny – nawet dla samego siebie – zatrzymał się tuż za bramą i spojrzał na ulicę. Wydawała się cicha, zawsze gdy tu był, była pełna życia, głośna. A, teraz? Wydawała się opuszczona. Okna karczm były zakryte jakimś szarym materiałem by deszcz nie wpadał do środka. W sumie wszystko zrobiło się dziwnie ciemniejsze, cienie się przedłużyły, a mrok zagościł we wszystkich zakamarkach i kątach. Nagle ulica stała się dla jeźdźca trochę przerażająca. Może tak niedługo będą wyglądać wszystkie miasta i ulice? - szepnął do siebie. Nagle z tyłu otwarły się drzwi i wyszedł z nich strażnik pilnujący bramy.
-Nie stój tu tak, bo koń ugrzęźnie ci na stałe w tym błocku – zganił go mężczyzna, ale jego głos był słaby i cichy, można się nawet pokusić o nazwanie go skrzekliwym.
Jeździec odwrócił konia w jego stronę i chwile przypatrywał się mężczyźnie. Był bardzo młody, pewnie niedawno rozpoczął służbę, ale najważniejsze, tak naprawdę się go bał.
-Naprawdę? Skąd wiesz? - spytał go, ciekaw odpowiedzi.
Chłopak zdziwił się, był przekonany, że mężczyzna po prostu coś mruknie i sobie pojedzie, a ten zadał mu pytanie, którego on nigdy by się nie spodziewał. Poprawił sobie hełm, który był za duży i cały czas zsuwał mu się na twarz, i odpowiedział:
-Raz mi się tak zdarzyło, w sumie to w pierwszy dzień służby – wyznał szczerze i zrobił głupią minę. Teraz przez miesiąc muszę czyścić wszystkie konie w naszej stajni – co dziwne zrobił
jeszcze głupszą minę, która chyba miała wyrażać zakłopotanie.
-No cóż, ja wole tego uniknąć – stwierdził jeździec. - Bywaj! rzucił mu na pożegnanie, z tego co pamiętał, tak się żegnali strażnicy.
-Bywaj! - krzyknął za oddalającym się mężczyzną. Potem znowu poprawił sobie za duży hełm, który cały czas spadał mu na oczy. Kiedy już widział, jeździec zniknął, więc sam postanowił to
zrobić i wbiegł do dyżurki.
Jeździec w tym czasie dotarł do jednej z karczm. Zatrzymał się przed wejściem i z trudem odczytał prawie zmyty ozdobny napis ,, Pod Tańczącym Trupem” do tabliczki z napisem został doczepiony mały ludzki truposz, prawdopodobnie był z kurzych kości. Teraz kołysał się na wietrze, dając wrażenie jakby kołysał się w rym wiatru i nieśmiało tańczył do niego.
-Tak, to zdecydowanie tutaj – stwierdził jeździec.
Mężczyzna zszedł z konia i poprowadził go do stajni. Tam oddał go chłopcu stajennemu, ale najpierw odwiązał od siodła drewniany kostur i wręczył małemu miedzianą monetę. Następnie wyszedł ze stajni i szybko wpadł do środka budynku.
Karczmy i inne tego typu przybytki zwykle mało się od siebie różnią. Drewniane stoły i bardzo długie ławy – tańsze od krzeseł – zazwyczaj były takie same, może tylko różniły się stanem, a i to rzadko. W sumie dla klientów najważniejsze było piwo, ciepłe jedzenie, jeszcze cieplejszy kominek, dobry bard i kumple sączący obok piwo. Można by powiedzieć, że to reguła, ale żeby reguła była prawdziwa jest potrzebny do niej wyjątek. To był właśnie jeden z tych wyjątków. Pomimo deszczu „Tańczący Trup” był prawie pusty, tak jakby odpychał od siebie rolników i pastuchów. Zresztą tacy klienci nie pasowaliby do wystroju wnętrza. Cała sala była zdecydowanie mroczna. Stoły i ławy kojarzyły się z trumnami, tylko że były pomalowane na biało i służyły ludziom jako ławy i krzesła, na dodatek zostały wyrzeźbione w przekonaniu – im więcej kości i czaszek tym lepiej. Wypukłe zdobienia przeszkadzały w siedzeniu, ale przynajmniej nic potem nie zostawało w tyłku, jak to się czasami zdarzało. Sam kontuar wyglądał jak połączenie ołtarza ze stołem do alchemii złożonym z ludzkich kości. Tam krzesła dla klientów nie były w motywie czaszek i kości, po prostu zwykłe pomalowane na biało wysokie drewniane klocki. Do pomalowanych na bordowo ścian były przymocowane pochodnie, które dawały słabe światło. Na prawo od kontuaru była podwyższona podłoga, która zapewne robiła za scenę, a po jego lewej stronie stał mały kominek.
Mężczyzna ogarnął wzrokiem klientelę. Przy barze siedział – zapewne zapijaczony – skrytobójca, wokół jednego ze stołów zebrała się Gildia Grabarzy i Sprzedawców Trumien, którzy rozmawiali o ilości miejsc na cmentarzu, przerywali pogawędkę tylko gdy popijali piwo kuflów przypominających czaszki, oczodoły były zatkane sztucznymi rubinami. Niedaleko od nich na podłodze leżała uśpiona wróżbitka, która kurczowo trzymała przy piersi magiczną kule. Jednak postać której szukał siedziała w rogu sali, z dala od reszty towarzystwa.
Podszedł tam powolnym krokiem i usiadł naprzeciwko mężczyzny.
-Witaj Jasmo – przywitał go mężczyzna siadając.
-Aster – mruknął tamten. - Długo czekałem.
Drugi z mężczyzn zdjął przemoknięty płaszcz i położył go obok na ławie. Kiedy go ściągał zaczął się zastanawiać na odpowiedzią i przypomniał sobie tamtego chłopca.
-Strażnik mnie zatrzymał, nie trwało do długo, ale mój koń ugrzązł w błocie – wyjaśnił. - Ciekawe miejsce wybrałeś na nasze spotkanie – dodał.
-Mały ruch – odpowiedział Jasmo. - Mało kto tu zagląda.
-Na pewno.
Potem przez chwile patrzyli na siebie w milczeniu. Ostatnio widzieli się parę lat temu. Nadal mieli te same brązowe włosy, które opadały im na ramiona, te same oczy. Jasmo nadal miał gęste brwi. Miał też gęstą brodę i srogi wyraz twarzy, który mówił by z nim nie zadzierać. Aster, co prawda nie miał brody ani gęstych brwi, ale i tak wyglądał groźnie, czyli tak jak wyglądają mieszkańcy Północnych Rubieży i Lodowych Stepów. Na lewym policzku miał bliznę, w sumie ledwie czerwoną smugę na twarzy, która mocno kontrastowała z bladą skórą.
Nagle ktoś im przerwał.
-Coś do picia, jedzenia? - spytał prawdopodobnie właściciel.
Tutaj zawsze był mały ruch i właściciel nigdy nie miał problemów z samodzielnym obsługiwaniem klientów, chyba, że tak jak wróżka lub skrytobójca, byli nietrzeźwi. Właściciel był wysokim mężczyzną, ale chudym jak szczapa. Pewnie nie podjadał podawanego jedzenia, a w tej branży rzadko ma się przerwę. Jednak pierwszą rzeczom na jaką zwraca się uwagę patrząc na tego jegomościa jest fakt, że ma czerwone oczy i białe włosy. Mówili, że jest albinosem, ale według magów był opętany przez jakąś zjawę. Najbardziej denerwował ich jednak fakt, że nie chciał z nimi współpracować oraz, co gorsza, nie dawał się im pociąć na kawałki.
- Piwo – odpowiedział Jasmo.
-Ja też – mruknął Aster.
-Za chwilę przyniosę – odpowiedział mężczyzna i ruszył do kontuaru.
Aster odprowadził go wzrokiem, a gdy ten zaczął nalewać piwo ponownie odwrócił się do przyjaciela.
-Kim on jest?
-Z tego co mi wiadomo to Abelard Rawer, ale wszyscy wołają na niego Biały Ab – odpowiedział.
-Nigdy o nim nie słyszałem – stwierdził Aster.
-Bo nie miałeś prawa – wyjaśnił Jasmo. On nawet nie należy do Stowarzyszenia Karczmarzy. To człowiek widmo, wie wszystko o wszystkich, a o nim nikt nie słyszał.
Zamilkli gdy Biały Ab przyniósł im piwo w tych dziwnych kuflach. Zaczęli rozmowę gdy właściciel oddalił się z zapłatą do kontuaru.
-Jak bardzo jest niebezpieczny? zapytał Aster.
-Jest nieszkodliwy dopóki nie zaleziesz mu za skórę.
-To dobrze – stwierdził Aster i wziął łyk piwa, miało zadziwiający wspaniały smak.
-To chyba najlepsze piwo jakie piłem, od kiedy tutaj przypłynęliśmy – stwierdził Jasmo.
-Tak...Od kiedy przypłynęliśmy... - zgodził się Aster.- Czemu chciałeś się ze mną spotkać?
-Znalazłem dla ciebie pracę – wyjaśnił Jasmo. - Sam bym ją wziął, ale byłem już notowany.
-Jaka to praca?- zainteresował się Aster.
-To głębsza sprawa – zaczął Jasmo.- Zlecił ją Erazmus, namiestnik Dor, a rozkaz podpisał lord.
-Czyli morderstwo? - domyślił się.
-Na razie nie – zaprzeczył Jasmo popijając piwo. - Podobno Lord Wolfgangu będzie szukał ochroniarza dla córki...
-Czyli mnie.
-Miejmy nadzieje – zgodził się.- Pewnie będziesz ją musiał uprowadzić albo zastraszyć, gdy dostaniesz taki rozkaz od naszego pracodawcy – przerwał biorąc łyk piwa.- Nic trudnego. Piszesz się?
-A co z zapłatą? - spytał , również biorąc łyk piwa.
-Będziesz mógł kupić sobie mały dom w trzecim sektorze i nie martwić się o czynsz do końca życia – odpowiedział po namyśle.
Aster chwile się zastanowił, skończył dopiero gdy wypił cały kufel piwa.
-Biorę – zgodził się.- Naprawdę dobre to piwo, kojarzy mi się z domem. Zostajemy jeszcze na jednego? - zaproponował.
-Jasne – natychmiast się zgodził. - Nawet na dwa. Pierwszy stawiam, potem ty.
Aster skinął głową na zgodę. Jasmo wziął swoją sakiewkę i ruszył w stronę baru. Aster zaczął się zastanawiać na co właściwie namiestnikowi Dor córka lorda Wolfangu. Przecież to nie ma sensu. Wolfang nie może przeszkodzić w planie lorda Dor, raczej. Nagle Jasmo postawił przed nim kufel z piwem, wyrywając go z rozmyślań.
-Co tak długo? – zapytał przyjaciel.
-Wiesz, zapytałem się Białego Aba, czy powie mi, dla kogo ta scena, a on mi powiedział, że za chwile się przekonam – szybko wyjaśnił.
-Czemu się tym interesujesz?- zapytał Aster.
-Zawsze mnie ciekawiło co jest ulubioną rozrywką grabarzy – odpowiedział szczerze.
-Naprawdę ciekawią cię takie rzeczy? - zapytał z niedowierzaniem Aster.
-Prawda jest taka, że gdy kładę się do łóżka, to prawie wszystkie głosy, z wyjątkiem jednego, mówią, że mam iść spać, a ten ostatni w tym czasie zastanawia się co grabarze robią o północy albo czy ptaki mają kolana.
Aster uniósł brew, chyba nawet chciał odpowiedzieć, ale wtedy usłyszeli, że ktoś wchodzi na scenę. Oboje odwrócili się zaciekawieni.
Na małą scenę weszła jasnowłosa młoda dziewczyna w białej potarganej sukni, która ciągnęła się za nią po ziemi, gdy odwróciła się do nich twarzą zobaczyli, że miała ją całą umalowaną białą
farbą, z wyjątkiem ust, nosa i powiek, które były pomalowane na czarno. Gdy stanęła na środku zebrani usłyszeli dźwięki jakiegoś instrumentu.
-Może to cytra? Albo mandolina? Nigdy nie słuchałem instrumentów – zastanawiał się w myślach Aster.
Postanowił się rozejrzeć za osobą, która grała tą smętną melodię, ale nigdzie jej nie znalazł.
Zauważył tylko, że skrytobójca i wróżbitka się obudzili i również patrzyli na scenę, a potem zaczęła śpiewać. Tekst był słodki i przepełniony dziecięcą radością. Aster pamiętał, że jego matka często ją śpiewała, gdy jego ojciec wyruszał na wyprawę łupieżcą.
Pamiętał tę pieśń, ale pamiętał ją śpiewaną przy ogniskach, weselszą i cieplejszą, a nie zimną i śpiewaną na scenie przed grabarzami, ale nadal była piękna.
-Ta piosenka zawsze wydawała mi się żywsza – stwierdził Jasmo kończąc swoje piwo. Bez tego przedłużania i podnoszenia głosu.
-Żywsza? - mruknął Aster wychylając kufel. - To ostatni przymiotnik jaki pasuje do tego miejsca.
Hej ;) Oprócz tego, że uwielbiam kryminały fantastyka również nie jest mi obca, dlatego bardzo się cieszę, że powstał ten blog ;) Bardzo chętnie będę tu regularnie zaglądać, ale mam do Ciebie prośbę, a zarazem dobrą radę - spróbuj zedytować szablon tak, żeby pole z tekstem było szersze, najlepiej dużo szersze i justuj tekst - wtedy o wiele łatwiej będzie czytać to co piszesz ;)
OdpowiedzUsuń